sobota, 19 lutego 2011

VI 21 września 2009, Pamięć VI

Lubię pytania retoryczne. Otwierają człowieka, czynią Go mądrzejszym. Bo czyż istnieje coś poważniejszego od parodii? Czy widziałeś, widziałaś kiedykolwiek owoc, który smakowałby bardziej pomarańczowo od pomarańczy? Spójrz, jakie łatwe pytania. Znasz na nie odpowiedź. Pytasz, wiedząc, dlatego nie oczekujesz odpowiedzi. Jesteś mądrym człowiekiem.
Zawsze rozmyślam w tych północnych godzinach, gdy smak kawy nie jest zbytnio polecany przez farmaceutów, jeśli o sen chodzi. Czasem o trzeciej, czwartej nad ranem - zawsze wtedy, gdy gwar uliczny zamienia się w hałas bzu rosnącego przed moim oknem, zakłócanym od czasu do czasu jedynie przez kibica niezadowolonego z wyniku kolejnego meczu, psa głoszącego czyjeś nieszczęście. A może to dla mnie wyją każdej nocy? Czy moje myśli niosą księżycu, jak wilki gdzieś w górach? Podobno drzewa mają uszy. Z liścia na liść przekazują to kolejnym... Może i wody snują swoje morskie opowieści szepcząc: "zakochała się, zakochała w kobiecie"?

A więc zakochałam się? Jak nastolatka, jak Monika? Jak niegdyś w Michale, mojej pierwszej miłości? To bez sensu. Nie mogłam zakochać się, bo przecież to, że doszło między mną a Alice do kilku pocałunków i włamań podbluzkowych nie oznacza wcale wiele. A jednak skądś musiało wziąć się w mojej głowie wyrażenie "zakochała się". I te ciągłe myśli o niej. Nie rozumiem.Jest piękną osobą. Ma orzechowe oczy, a czasami stają się jakby niebieskie. A może tak naprawdę są zielone? Może ma sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu a nie sięga mi do ramienia? Ostatnio mam takie negatywne wahania nastrojów - złość, smutek, złość, smutek, złość, złość, smutek, smutek, złość, smutek. Czy kobieta jest w stanie przedawkować czekoladę? Albo po prostu spożywać ja tak często, aby hormony szczęścia przestawały... działać? 
Czuję się wiatrakiem. Mój umysł się nim czuje.
Wiatr to myśli, które szarpią mną, nakazują mi robić coś, kręcić swoimi czterema deskami. Często zmienia kurs, kręci raz w tę, raz w drugą stronę. Jestem zwykłym mechanizmem w dłoniach losu. Łaski i niełaski ludzi, Alice, świata, Boga, samej siebie. Nie mam nad sobą kontroli. Oddałam swoje lejce rzeczywistości. To ona mną kieruje.
Jest w tym wszystkim coś naprawdę absurdalnego. Ja, stabilna kobieta przed trzydziestką, znajdująca codziennie nowe zmarszczki i farbująca wytrwale włosy, żeby tylko nie znaleźć żadnych siwych, ta, która całe swoje życie prywatne poświęciła Twojemu Dniowi, nagle traci tę stabilność. A wszystko to za sprawą Zakazanego Dymu, który dostał się do mojej czaszki. Wszystko pomieszał. Owiał i huraganem wywrócił do góry nogami, zerwał dach, wyrwał zdrowy grunt, odkopał to, co niegdyś zostało zakopane. Wówczas, gdy z ciekawości - albo nastoletniego mętliku - zajrzałam do kilku lesbijskich klubów i, siedząc przestraszona w kącie, obserwowałam tych wszystkich nietypowych ludzi. Nigdy więcej nie weszłam tam, zdając sobie sprawę z tego, że najlepszym wyjściem jest nigdy nie otwierać drzwi. Tak, były te momenty w moim życiu kiedy, jako gówniara, rzeczywiście czułam coś do Alice. Ale to minęło, albo ja to ominęłam. A wystarczyła chwila aby wszystko, nad czego pozbyciem się tak ciężko pracowałam, wróciło. Teraz zastanawiam się czy dalsze próby odrzucenia myśli o niej mają jakiś sens. 

Przestaję zachowywać się jak osoba dorosła. Palę z przyjaciółką jakieś Zakazane Rzeczy, do tego ze świadomością robienia to tylko dla nadziei, że powtórzą się wydarzenia pierwszego razu. 
Mam wrażenie, jak gdybym nagle przestała znać samą siebie. Od kiedy dotknęłam jej ust, jeszcze bardziej przestałam interesować się oglądającymi za mnie mężczyznami, nie zawsze przecież szpetnymi. Nieraz są to tacy, których przed zapaleniem tego ścierwa zabrałabym ze sobą do swojego domowego biura i rzuciła na biurko. A teraz... teraz fantazjuję o Alice. Przecież to jest chore. 
Minie gdy odmówię jej Zakazanej. 
Na pewno. Przecież nie jestem lesbijką, nigdy w życiu nie patrzyłam na kobiety jak obiekt dobrego seksu. 
...na pewno?