Kiedyś chciałam być Tą Wielką, Rozpoznawalną. Tą, która przeszła z małego miasta w Wielki Świat Długopisu i Kartki, Druku i Wydawnictw.
Kiedyś miałam talent i możliwości, chęci i zaangażowanie. Kiedyś każda minuta mojego życia wyrzucała na papier nowe słowa.
Wczoraj poznałam Zakazaną Rzecz i utraciłam moje wewnętrzne „Ja”. Dla chwili romansu z Pandorą, swoją świetlaną przyszłość rzuciłam w wygłodzone dłonie zacienionej teraźniejszości.
Podobno każdy człowiek popełnia w swoim życiu taki jeden wyjątkowy błąd; ten, który wywołuje wycie psa kilka tysięcy kilometrów dalej, ten, za który odpowiedzialność spada na resztę życia. Ten mój, ten największy i najzuchwalszy, nosi imię Zakazanej Rzeczy.
To ona, z pełną kobiecą subtelnością i seksapilem, porwała mnie w nocne tańce namiętności. Jako jedyna małą dziewczynkę, której głowa, jak barwny bączek, wirowała po urodzajnej glebie natchnienia i możliwości, przemieniła w dużą kobietę, budzącą się nagle na całkiem twardym, opustoszałym gruncie.
Grunt ma kolor… wielokolorowy. Pali się czerwienią i studzi błękitem, uśmiecha żółcią i uspokaja zielenią, dumnie obnosi się w pomarańczy, choć goni go fioletowy cień. Nagle, ze świata pełnego ambicji przenoszę się na zjeżdżalnię utkaną w tęczy, ucząc się wchodzić na górę, niekoniecznie od strony drabinek, a nie zjeżdżać w dół.