środa, 16 lutego 2011

V 20 września, 2009 Umysł I & Pamięć V

Nie zapomniała o seansie.
Nie zapomniała też wziąć ze sobą Zakazanej Rzeczy.
Jak gdyby ostatnio nic dziwnego lub peszącego się nie wydarzyło, jak gdyby wcale nie wybiegła z imprezy Moniki niemal w nerwach, papla do mnie z tymi Zakazanymi ognikami w oczach, klejąc białą bibułkę. A jej uśmiech jest piękny - to właściwie Uśmiech, przez duże U. Czysty jak łza, niewinny a szalony, słodki i energiczny, dojrzały ale całkowicie beztrosko dziecinny.
- ...no i wiesz, mówię mu: stary, weź się ogarnij, wyluzuj trochę, ok? Nie jestem zainteresowana... a on dalej swoje. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co?
- Co się z tobą dzieje?
Wszystko.
- Nic, czemu?
Kłamczucha.
- Od pół godziny produkuję się o Jarku.
- Jakim Jarku?
Jarku-Srarku.
- Moim Jarku!
Nie chcę tego słuchać.
- Możesz powtórzyć?
Nie powtarzaj, proszę.
- Ech... poznałam trzy tygodnie temu świetnego faceta, dużo nas łączy, może nie jest jakiś bardzo przystojny ale inteligentny i hojny, no ale ma brata, który cały czas się do mnie przystawia a Jarek strasznie się denerwuje...
Zabłysnął ogień zapalniczki, owiał mnie słodki, lekko gryzący zapach Zakazanej. I jej orzechowe spojrzenie.
- Ale mniejsza z tym, nie gadajmy teraz o facetach.
- Tak... za dużo się ostatnio nasłuchałam o impotentach.
Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na perlistość i czystość jej śmiechu, nie jest zaraźliwy, ale uroczy, przypomina radość dziewczynki skaczącej na skakance. Z tym, że ta, zamiast skakanką, dzieli się ze mną Zakazaną Rzeczą.
Biały dym, tak różny od tytoniowego, rozchodzi się po ciele w takim niesamowitym dreszczu. Rozlewa jak woda, opuszcza zbiornik umysłu, spływając powoli na ramiona, obciąża ręce, nogi, rozgrzewa serce, myśli wciąga w wir a wzrok zachodzi parą, lekką mgłą, białą mgłą. Po otwarciu oczu wszystko jest cieplejsze. Weselsze. A ona - jeszcze piękniejsza.
Im piękniejsza, tym pełniejsze jej usta. Tym bardziej kuszące.
- Ala, ja... ja muszę do domu, źle się czuję.
- No nie żartuj!
Muszę, zrozum.
- Naprawdę, coś źle to na mnie podziałało, wiesz, niedobrze mi...
- Tylko mi tu nie rzygaj! Podwiozę cię.
- Dzięki.

*    *   *

Pamięć V


Widziałeś kiedyś jak gasną lampy uliczne?
Jedna po drugiej, jedna po drugiej...

One nie mają wyboru. Nie mogą zdecydować czy chcą dalej świecić. Nie gasną na przemian, nie ustalają, której światło zniknie pierwsze. Pieczę nad nimi sprawuje postać ludzka, silniejsza, potężniejsza. Są od niej całkowicie uzależnione, bez możliwości ucieczki. Od czasu do czasu tylko mogą postanowić zbuntować się, świecić krócej bądź dłużej od innych, wedle upodobań. Odstąpić od narzuconej z góry rutyny. A więc, załóżmy, jedna z dziesięciu nie wyłączy się wraz z dziewięcioma. Będzie trwała tak w swoim osobistym strajku godzinę, dwie lub dwadzieścia cztery - jednak co jej to da poza wewnętrzną satysfakcją? Czy zdziała cokolwiek? Nie. Tak czy owak nadejdzie siła wyższa, która najróżniejszymi narzędziami doprowadzi do usunięcia jej buntu. Może już na zawsze zostanie wyeliminowana z grupy, bądź po prostu zmuszona do dostosowania się. Odbiorze jej dumę, honor, poczucie wygranej. Prędzej, niż jej się wydaje.
Jestem więc lampą czy człowiekiem?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Raz czuję się tym, raz drugim. Wygrywam i przegrywam na przemian, jestem osobą gaszącą i urządzeniem gaszonym. Dziś przez pewien czas czułam tę siłę. W chwili, w której udawało mi się uciekać spojrzeniem, czasem zupełnie wyłączać myśli, być ponad to uczucie. Być ponad Zakazaną.
Tak niedawno oczywiste było dla mnie to, jak ona potrafi uszczęśliwiać. Na chwilę obecną to czysta abstrakcja. Jak sen o agrestowych muffinkach o smaku malinowym. Czy raczej malinowych o smaku muffinowym. Ech, agrestowym. Jestem zbyt leniwa by użyć Backspace. Nieważne. A więc, skoro nie jestem ani człowiekiem ani lapmą - to może światłem przezeń rzucanym? Zgaszają mnie, ale i tak się pojawiam. Rutynowo. Wracam. Mogę się zepsuć, ale wrócę. W innej lampie, w innym ciele, z inną duszą czy charakterem. 
Dzisiejszej nocy śniłam o Ciele. Ciało było piękne i kobiece. Miało falowane kasztanowe włosy, białą cerę. Ciało kojarzyło mi się z lalką z saskiej porcelany. W śnie kochałam to Ciało. Było dla mnie bardzo ważne, odgrywało niesamowitą rolę. Nie pamiętałam o śnie i Ciele. Przypomniało mi się dopiero gdy zobaczyłam to, które w rzeczywistości jest ukochanym, sennym marzeniem. Alice'owym.


IV 19 września, 2009 Pamięć IV

Czasami przeraża mnie moja kolekcja szmacianych i porcelanowych lalek, leżąca, jak w orgii, jedna na drugiej na moim łóżku. Choćby nie wiem w jakim chaosie zostały pousadzane, to zawsze ich maleńkie, namalowane bądź paciorkowate oczki będą wpatrywać się prosto we mnie. Z tymi miłymi, słodziutkimi uśmiechami, szepczącymi o dziecięcej niewinności upiętej w warkocze, sympatii zaróżowionej na policzkach. Duży-mały oddział dziewczynek rudych, blond, czerwonych i czarnych; okularnic i czytelniczek, laleczek ze skakankami i typowymi do przytulania w śnie. Dwie mam jeszcze po babce, która obdarowywała mnie takimi przyjaciółkami z wełnianymi włoskami na każde urodziny i święta, choć się nie przelewało; zawsze pamiętała o lalce. Przetrwało niewiele bo zawsze spotkało je jakieś nieszczęście; a to za wysoko weszły na drzewo, a to porwała je dzika, psia zwierzyna. To właśnie te dwie najstarsze, z imionami po babci - Krysia i Marysia - zawsze miały miejsce na samym przodzie i najładniejsze ubranka. To one patrzyły na mnie najbardziej przeszywająco swoimi nieraz doszywanymi, guzikowymi oczkami. Myślę, że wiedzą. W końcu znają mnie najlepiej; widziały wszystko co działo się w moim pokoju, znają każdą rozterkę. Stąd te wyjątkowo oskarżycielskie spojrzenia znad fioletowych sukieneczek?
Mam wrażenie, jakby wszyscy i wszystko dookoła wiedziało. Po prostu wiedziało. Jakby drzewo drzewu szeptało szumem liści: widziałeś? Ona całowała się z kobietą. Ba, żeby tylko! Myślę, że nocne wycie psów to ich szyderczy śmiech dotyczący mojej dziecinności. Mojej naiwności. Moich myśli.
Od kiedy dostałam ten tak wymarzony urlop, mam wyjątkowo dużo czasu na myślenie; to właśnie sprawiło, że przestał być taki wymarzony. Zamienił się w koszmar rozterek i niepewności, liczba trzech papierosów wypalanych dziennie wzrosła do dwudziestu, z niebieskich zrobiły się czerwone. Nie mam odwagi odezwać się do Alice; tak samo ona nie dzwoni do mnie. Pomiędzy nami zapadła głucha cisza i nie wiem nawet co o tym myśleć. Czy ona ma do mnie jakiś żal? Czy w ogóle to pamięta? Jutro premiera filmu, na którą planowałyśmy pójść już od dawna, a Alice miała kupić bilety - o tym też zapomniała? Nawet nie jestem już pewna czy chcę na niego iść. Zakazano Rzeczo, coś mi narobiła za trzody?
Mimo wszystko, gdy wspominam wydarzenia tamtego wieczoru, nie żałuję ich. Myśl o tych miękkich ustach przywodzi mi smak muffinek, którego wciąż wcale nie znam, a który traktuję z pobożną czcią. Malinowo-kokosowy, jak jej różowe wargi, jak białe malibu. Agrestowo-malinowy, malinowo-agrestowy, agrestowy o smaku malin, jak z moich snów. Pojawia się ciepło, którego nie czułam przy żadnym mężczyźnie; napad emocji kojarzący mi się z najpiękniejszą muzyką, tą najukochańszą, najintymniejszą, pełną epickości. Mam wrażenie, że wariuję. 
Krysiu i Marysiu, gdyby wasze wełniane usta potrafiły mówić...

III 18 września, 2009 Pamięć III

Nie wiem jak to się stało.
Może dzięki nadmiarze wolnego czasu, który przyszedł do mnie wraz z dwutygodniowym urlopem, uświęcającym sukces, który odniosłam wraz z moją pisemną pogadanką o impotencji. Może za sprawą samotności spowodowanej ostatnim, sześciomiesięcznym skupieniem się na swojej karierze w Twoim Dniu. A może przez pragnienie zrobienia w końcu czegoś niewłaściwego, co ciężko przychodziło mi w latach młodzieżowego buntu, ze względu na wyjątkowo konserwatywną matkę. Może.
W każdym razie, pijackie poprawiny ślubu Moni, w moim przypadku wcale nie były takie pijackie. I nie, żebym nie miała dnia do picia; pojawiła się ogromna ochota na uczczenie ostatniego wzrostu sprzedaży naszego pisma, za który dziękować można mojej frustracji. Nie jestem pewna czy dobrym sposobem celebracji było spalenie czegoś bardziej efektownego i... zakazanego od papierosów, ale na pewno pełnym uśmiechu. Jakoś wyjątkowo przestały mi przeszkadzać rodzinne komentarze na temat mojego stanu cywilnego i te cholernie rude włosy, cholernie architekta mojej siostry. Nie bardzo żałuję tego gówniarskiego wybryku.
Nie martwi mnie to, że pozwoliłam sobie na trochę więcej wolności niż dotychczas, biorąc pod uwagę, że całe moje życie imprezowe składało się z zakupów i kilku drinków w dość nudnych klubach nocnych, powtarzających w kółko swoje umpa-umpa. Przeciwnie. Jednakże zauważyłam już, że owa Zakazana Rzecz pozwala umysłowi na zapamiętanie wszystkiego, mądrego i mniej, co zrobi się pod jej natchnieniem, w odróżnieniu do mojego ukochanego malibu. Do tego wszystkiego stanowczo podnosi popęd seksualny; i nawet byłoby to całkiem przydatne mojej samotności spędzanej z kotem, gdybym nie musiała patrzeć na zaciągające się, kobiece usta. Usta i oczy, które niesamowicie głęboko mi się przyglądały. Nieziemsko piękne usta i oczy.
Nie mam pojęcia co oznacza wszystko to, co podczas tego Zakazanego Spaceru wydarzyło się między mną a nią, nie wiem, dlaczego tak bardzo uderzyła mnie jej obecność. Co miało wpływ na te nastoletnie dramaty, które rozgrywały się w moim żołądku, jakbym znowu chodziła do podstawówki i widziała wyjątkowo słodkiego chłopca, przechadzającego się po holu. Fakt, to piękna dziewczyna, zawsze była piękna. Przyjaźnimy się już od lat podstawówki; tak, jak ona wie o mnie wszystko, tak ja myślałam, że wiem o niej, dopóki nie zaproponowała mi Zakazanej z takim łobuzerskim błyskiem w oczach. Swoją drogą, miał coś w sobie; jakby lipiec i plażę, jakby palmy i kolorowe drinki z palemką, jakby jazdę autostopem i stanie w deszczu na autostradzie, jakby... wolność. Dźwięk motoru, zapach spalin, to, co zawsze kusiło mnie najbardziej. Wiele z tego poczułam gdy owiałam płuca tym słodkim dymem, jednak sama już nie wiem czy za jego sprawą, czy tych głębokich, ciemnobrązowych tęczówek. Może jednego i drugiego? Nie, nie. Absolutnie nie. To MUSIAŁO być spowodowane tylko i wyłącznie narkotykiem, jaki mi podała. Tak sobie tłumacz, powiedziałaby pewnie z tym dzikim błyskiem...
Jednak ona sama wydawała się zszokowana, gdy działanie Zakazanej nas opuściło i pierwszy raz spojrzałyśmy sobie w oczy, mając umysły całkowicie jasne, lekkie. Znikły drzewa w jej oczach. Patrzyła się na mnie zdumiona i wyszła, nim zdążyłam powiedzieć cokolwiek. Siostra nawet nie zauważyła jej zniknięcia; to w końcu ze mną się przyjaźni, więc w sumie nawet nie była gościem. Jedno wiem; w jej oczach kryło się oskarżenie i coś, co już znam, co widziałam raz w życiu, za czasów gdy Leonardo DiCaprio był jeszcze młody i piękny, a myśmy miały po czternaście lat. Zachwycała się nim - aktorem, nie wzrokiem - a mnie w głowie były tylko jej kasztanowe, piękne loki i pełne, malinowe usta. Tak samo patrzyła na mnie, gdy przerwałam jej wywód na jego temat, dość nieskromnym pocałunkiem; wybiegła z mojego poddasza równie szybko, jak teraz z poprawin Moniki.
Uważałam to za jakąś absolutną pomyłkę wieku dorastania; ot, dzika zachcianka, gdy seksualność w ogóle nie jest rozwinięta i dziewczyny mają chłopaków tylko dlatego, bo narzucają im to kolorowe pisemka, dorzucające kuszące, arbuzowe błyszczyki. Ja nie miałam wówczas żadnego, głównie ze strachu przed matką, która wówczas zamroziłaby mnie w domu na resztę życia... Dzięki temu skupiłam się na nauce, zdałam szkołę z wyróżnieniem, dostałam się na dobre studia. Dziś jednak zastanawiam się czy aby na pewno miałam tam tylko jednego partnera, z powodu swojej urody? Przecież nieraz byłam zapraszana na imprezy, domówki, piwo... Dlaczego wciąż jestem samotna? Na pewno przez pracę?
Tak, na pewno. To najgłupsze myśli, jakie kiedykolwiek przyszły mi do głowy. Nigdy więcej Zakazanej Rzeczy.