Zastanawia mnie czy istnieje bezbarwna, ochronna pomadka o smaku kiwi. Jeśli tak, to przy następnej wypłacie dobrze byłoby w taką zainwestować, zjadłabym ją z ust w ciągu kilku sekund. Można coś zjeść z ust? Nie, chyba bardziej zlizać. Swoją drogą, jak już jestem przy językowych niezgodnościach, to dlaczego ludzie zamiast mówić po prostu pomadka, dodają jeszcze do ust? Istnieje inny rodzaj pomadek? To trochę tak, jak fakt autentyczny.
W każdym razie, ochotę na ten agrest mam niekontrolowaną. To znaczy kiwi. Na agrest również. Jednak ciężej go dostać, droższy jest, no i kwaśniejszy, a ja potrzebuję czegoś słodkiego. Chociaż, kiwi wcale nie jest słodkie; na swój sposób również kwaśne, ale mniej kwaśne niż kwaśne jest kiwi, to znaczy agrest. Za dużo "kwaśne", za mało logiki.
Tak mniej więcej wygląda mój umysł. Chaos, słowo przez słowo, jedno z drugim nie ma nic wspólnego, albo ma, ale wchodzi na nie trzecie i miesza cały ten swoisty szyk, właściwy bądź i nie. Ale mój. Mój osobisty. Teraz należy do kogoś - bądź czegoś - innego; również do kobiety. Niezwykle pociągającej kobiety, co dość ironicznie pije do moich ostatnich rozterek seksualnie-umysłowo-sercowych. Ma tę jedną zaletę swojej dostępności; nie wymaga niczego, w każdej chwili pozwala porwać się i zatańczyć najintymniejszy taniec. Nosi imię Zakazanej Rzeczy.
Dlaczego znowu o niej wspominam, czemu tak czuło? Myślę, że to oczywiste. Tak, zatańczyłyśmy tej nocy dzikiego fokstrota i namiętne tango; pobujałyśmy się czule w wolnym tańcu na całkiem wolnym parkiecie umysłu, całkowicie pustym, jak gdyby wyrzuciła zeń wszystkich tancerzy. Poza jednym. Jedną. Dość szybko pozwoliła na odbijanego i oddała mnie w dłonie Alice, bez żalu i sentymentów, nie pytając mnie o zdanie, będąc całkowicie poza krzykami rozsądku - przecież wyrzuciła go z sali. Zamknęła w osobnym pokoju, osobnej komorze umysłu, wdzięcznie uciszając.
Noc... a noc była długa, Zakazanie zamglona i alkoholowo zalana. Cała w malinach spijanych z jej ust, agrestowych ramion i pełnych, bladych piersi z zapachem kiwi. Spełniła moje Zakazane fantazje o Alice, tym samym kładąc kres naszej przyjaźni.
Gdy obudziłyśmy się rano, nagie, rozczochrane i spełnione, do nas obydwu dotarła pewna prawda - z tym, że dla każdej inna. Ja pojęłam w końcu wagę i sens swoich uczuć, zrozumiałam, jak nie warto kłócić się z sercem, co tuszować w umyśle. Zrozumiałam to wszystko nie wtedy, gdy barwiła moje ciało swoją szminką; nie kiedy odpływałam w jej dłoniach na tratwie Zakazanej Rzeczy - nie. Prawda, odkryta wreszcie po niemal trzydziestu latach życia, dotarła do mnie razem z pobudką w jej miękkich ramionach, widokiem orzechowych oczu o poranku. Pomyślałam, że to właśnie chcę widzieć codziennie o szóstej rano przed wyjściem do siedziby Twojego Dnia. Jej piskliwego głosu brakuje mi przy porannej kawie i papierosie, żeby osładzać ich gorzkawy smak, to jej brak sprawia, że nie potrafię pobierać żadnej przyjemności z komplementów, pocałunków, seksu z mężczyzną.
Zaś jej wniosek brzmiał: nie możemy się więcej zobaczyć. To nie może mieć miejsca. Nie jestem lesbą. To chore.
Chyba w końcu upiekę kilka muffinek. Agrestowo-malinowych, malin o smaku muffinkowym, z kawałkami agrestu.
Proszę pisz dalej. Kocham Twój sposób bycia, już kiedyś pisałyśmy jak jeszcze byłaś na blog4u ; ) Czekam na dalsze Twe losy!:)
OdpowiedzUsuńzapraszam do mnie:
www.pucek.blog4u.pl
jakże swietnie znam uczucia, jakie opisujesz. Ta pasjonująca noc, Twoje szumne plany, wielkie idee i marzenia ściętej głowy, gdy porannej pobudce towarzyszy moralny kac i w powietrzu wisi "nigdy więcej", choć Ty wolałabyś nigdy zamienić w zawsze, jeśli nie "na zawsze"
OdpowiedzUsuń